Dzień IV – Nasz start w World Wife Carrying Championship

Dzień IV – 1 lipca 2017 – Nasz start w World Wife Carrying Championship

Jest to artykuł z cyklu „Finlandia 2017„, czyli podróży, która zainspirowała nas do zakupu Busa Lapidusa.

 

W końcu nastał ten dzień! Właśnie 1 lipca miały się odbyć Mistrzostwa, na które tutaj przyjechaliśmy. Zaczynały się one o 15:00, więc do tego czasu zajęliśmy się innymi rzeczami.

Poranek zaczęliśmy od jajecznicy. Usmażyć jajecznicę w garnku, na malutkiej wojskowej kuchence ogrzewanej stałym paliwem nie jest tak łatwo, ale jak już się uda to jedzona na świeżym powietrzu smakuje wyjątkowo.

 

Po śniadaniu udaliśmy się do muzeum, które poprzedniego dnia było jeszcze nieczynne. Międzynarodowe muzeum butelek jest największą atrakcją turystyczną Sonkajarvi – oczywiście poza corocznymi zawodami. Szczyci się ono tym, że jest w nim aż 6000 różnych butelek (czyli 1,5 raza więcej niż mieszkańców tej miejscowości). Znaleźliśmy i polskie akcenty – piwo żywiec, żubrówka czy wódka bałtycka. Niektóre butelki miały wymyślne kształty i przypominały zwierzęta czy broń, a jeszcze inne zdawały się mieć setki lat. W budynku obok zwiedziliśmy też wystawę prac pewnego artysty i – o dziwo! – bardzo się ona nam spodobała. Artysta ten zamiast ludzi i zwierząt rysował ich szkielety. Szczególnie przypadł nam do gustu obrazek pod nazwą „second hand”.

Wróciliśmy do „wioski olimpijskiej”, przebraliśmy się i udaliśmy w miejsce startu. Zawody startowały o 15:00, ale zawodnicy musieli się zjawić najpóźniej o 14:30. Każda z Pań musiała zostać zważona. Według regulaminu kobieta musi ważyć minimum 49 kg – jeśli waży mniej to musi ubrać plecak z obciążnikami, tak by osiągnąć wagę 49 kg. Dominika weszła na wagę i… okazało się, że waży 48,6 kg. Panie sędziny poleciły jej się napoić, coś zjeść i wrócić na ponowne ważenie. Tak też uczyniła i po zjedzeniu batonika i wypiciu wody jej waga była odpowiednia. Trochę się porozciągaliśmy, trochę potruchtaliśmy i przećwiczyliśmy naszą technikę startową.

Parę minut przed 15-tą miał się odbyć przemarsz wszystkich uczestników wraz z flagami swoich państw. Znalazła nas para młodych Polaków, którzy obok nas byli jedynymi reprezentantami naszego kraju. Świetnie nam się z nimi rozmawiało, ale niestety organizatorzy nas zawiedli. Byliśmy jedynym krajem, którego flagi nie przygotowano, więc musieliśmy iść na samym końcu.

 

Po przemarszu dowiedzieliśmy się jakie będą zasady startu. W każdym biegu brały udział trzy pary, a startowaliśmy według numerów startowych. My mieliśmy nr 20, czyli powinniśmy wystąpić w pierwszej połowie startujących. Od tego momentu wszystko potoczyło się szybko. 15:00, pierwszy, drugi, trzeci bieg, wywołanie nas do strefy startowej…

Startowaliśmy w piątym bądź szóstym biegu. Jako pierwsza para z lewej strony, czyli mieliśmy teoretycznie najlepsze miejsce, bo dwa pierwsze zakręty były w lewą stronę. Razem z nami biegły dwie fińskie pary, mniej więcej w naszym wieku. Spiker wyczytał nasze nazwiska, udało mu się nawet wyczytać „Poland”, „Bydgoszcz” i „Bydgoskie Okonie”, po czym padł sygnał do wzięcia partnerki na barki (albo tak nam się przynajmniej wydaje, bo nie rozumieliśmy fińskiego, ale po prostu zrobiliśmy to co pozostali) i po chwili padł strzał startera.

Tutaj najlepiej rozdzielić naszą relację, bo z naszych perspektyw mogło to wyglądać zupełnie inaczej :

DOMINIKA, czyli perspektywa „do góry nogami” : Stanęliśmy na starcie, przywitaliśmy się z pozostałymi parami i na znak zajęliśmy pozycję. Serce waliło mi jak szalone, choć wiedziałam doskonale, że ode mnie niewiele zależy i nie muszę się martwić nawet tym, kiedy trzeba będzie ruszyć. Jednak współczułam Maksowi i byłam przerażona tym, że nie będę mieć pojęcia co się właściwie dzieje. Wystartowaliśmy! Maks ruszył a ja robiłam jedyne co do mnie należało: wpatrywałam się w ziemię, oczekując momentu, gdy dojrzę brzeg basenu i będę musiała wziąć bardzo głęboki oddech. Jest! Wzięłam oddech i poczułam jak Maks się odbija od ziemi i wpadamy do lodowatej wody. Dalej nic się nie zmieniło, czyli nadal nie miałam pojęcia co się dzieje, poza tym, że jesteśmy pod wodą (a na pewno ja) i, że wszystko wskazuje na to, że wcale się nie poruszamy. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie pamiętam jak doszłam do takiego wniosku, możliwe, że był to nawet jedynie odruch, ale wynurzyłam głowę z wody. Wraz z tym musiałam poluźnić uchwyt i rozłączyłam się z Maksem. Na szczęście wiedziałam, że nie spowoduje to naszej dyskwalifikacji, więc po prostu zaczepiłam się o jego ramiona i dobrnęliśmy jakoś do drugiego brzegu. Tam znów pojawiły się problemy, bo basen był zwyczajną dziurą w ziemi pokrytą folią i trochę się ślizgaliśmy, a ja czułam, że trzymając wciąż ramion Maksa tylko ściągam go w dół – do wyboru miałam jednak jedynie to lub puszczenie się, a to z kolei mogło oznaczać że wpadnę znów do basenu i będziemy tracić czas na wydobywanie mnie z niego. Udało nam się w końcu wygramolić i po wydyszeniu jakiegoś „w porządku”, które mogło być jednocześnie pytaniem, jak i zapewnieniem, że kontynuujemy to, co zaczęliśmy – z powrotem wspięłam się na Maksa. Znów zwisałam głową w dół, tym razem przemoczona do suchej nitki, a Maks znów biegł jak szalony. Słyszałam doping widowni, komentatora, który wyczytał nasze nazwiska rozemocjonowanym głosem i domyśliłam się, że musimy być blisko drugiej pary. Podziwiałam Maksa za to, że nie zwalniał ani na chwilę i poczułam jak skręca. To z kolei oznaczało dla mnie, że muszę otworzyć oczy, by zorientować się kiedy będzie następna przeszkoda, czyli kłoda. Ustaliliśmy, że wtedy będę mieć oczy mocno zamknięte, bo wokół było mnóstwo trocin, a nie mogliśmy pozwolić na to by jakaś wpadła mi do oka – nie mogłam przecież się puścić ani jedną ręką, bo przypłaciłabym to upadkiem. Maks pokonał zgrabnie pierwszą kłodę i po chwili zdecydowałam się otworzyć oczy by sprawdzić jak nam idzie, widziałam jedynie nasz cień, ale czułam, że doganiamy parę przed nami. Moje przypuszczenia potwierdzał coraz bardziej rozszalały tłum na widowni. Czułam jak ręce mi cierpną i, że jestem już okropnie zmęczona, a przecież to nie ja odwalam całą ciężką robotę! Nie chciałam sobie wyobrażać, co musi teraz przeżywać Maks. Widziałam oczyma wyobraźni tor i szykowałam się psychicznie do „pokonania” już ostatniej przeszkody. Dotarliśmy do niej i Maks zaczął się na nią wspinać, a ja z mocno zamkniętymi oczami czułam bliską obecność drugiej pary. Prawie ich mamy! Szykowałam się już na koniec, dobrze wiedziałam jak niewiele zostało już do mety i powtarzałam to swoim obolałym, zesztywniałym rękom. BAM! Usłyszałam przeraźliwy krzyk widowni i spikera, poczułam uderzenie, ból i zdezorientowanie. Otworzyłam oczy, by przekonać się, że leżę na ziemi, w dodatku na plecach i sama. Pamiętam, że pomyślałam coś w rodzaju „jeszcze to!” i nade mną ukazała się zdyszana i przerażona sylwetka Maksa. Pomógł mi wstać i powtarzał wciąż „przepraszam” jak porąbany, a przecież musimy dobiec do mety, jest tak blisko! Dałam mu do zrozumienia, że nic mi nie jest i wskoczyłam na niego byle jak – wiedziałam, że nie ma sensu i czasu na naszą specjalną pozycję. Dobiegł do mety niosąc mnie praktycznie na rękach co zajęło mu sekundę. I już. Było po wszystkim. Zdyszani przytuliliśmy się, a wracając z mety Maks obejrzał moje łokcie – były całe we krwi. Wtedy zrozumiałam jego przerażenie.

MAX : Po strzale startera ruszyłem dość szybko, ale starałem się nie zajechać na początku. Bałem się tylko basenu. Wskoczyliśmy tam mniej więcej równo z pozostałymi parami, ale to co się stało w basenie sprawiło, że straciliśmy kilka cennych sekund. Wskoczyłem tak jak wskakiwały pary, które oglądaliśmy na treningu. Odbiłem się i poleciałem. Basen miał około metra głębokości. Poszedłem pod wodę i nie mogłem się wydostać na powierzchnię. Spędziłem zamroczony i zagubiony z dwie sekundy pod wodą i niestety otworzyłem trochę oczy, przez co woda zalała mi jedną z soczewek. Po dwóch-trzech sekundach szamotania się poczułem, że Dominika mnie puściła i w końcu udało mi się wychylić ponad poziom wody i zaczerpnąć powietrza. Dominika chwyciła mnie za ramiona (było to zgodne z przepisami zawodów – jeśli są trudności w basenie to nie trzeba tam dźwigać partnerki) i jakoś dopłynęliśmy do końca basenu. Całkiem sprawnie udało nam się z niego wydostać. Chwyciłem ponownie Dominikę na barki i ruszyliśmy dalej! Jedna para została za nami w basenie, a druga miała nad nami z 30 metrów przewagi. Ruszyliśmy w pogoń! Biegło mi się niewygodnie, ale raczej nie przez Dominikę,tylko przez mokre buty i całą resztę ciuchów i przez to, że musiałem biec z jednym okiem zamkniętym (zalana soczewka). Pierwszą suchą przeszkodę pokonaliśmy całkiem szybko. Zostało nam koło 100 metrów do kolejnej przeszkody, pokonanie jej i 10 ostatnich metrów do mety. Odrabialiśmy stratę do pary, która prowadziła. Słyszałem, że spiker wyczytał jeszcze raz nasze imiona i „Bytgość in Poland”. Kibice byli bardzo głośno. Zbliżaliśmy się do ostatniej przeszkody równie szybko jak do prowadzącej pary. Mieliśmy 30 metrów do przeszkody i może z 5-6m do rywali. Potem 20 metrów do przeszkody i z 3-4 metry straty. Nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, nie mam pojęcia czym oddychałem, ale gonienie rywali mnie nakręcało. Na ostatnią przeszkodę – 10 metrów przed metą – wpadliśmy ze stratą mniejszą niż jedna sekunda. Kibice byli coraz głośniej. Sektor przy mecie wariował widząc tak zaciętą końcówkę. Gdy Fin zdejmował nogę z przeszkody, ja już jedną nogą na niej byłem. Do zwycięstwa tak niewiele brakowało! Trzeba tylko było wspaniale zafiniszować na tych ostatnich metrach i taki był mój zamiar. Zeskoczyłem z przeszkody i od razu ruszyłem całą mocą do przodu… I niestety był to błąd. Okazało się, że po zejściu z przeszkody nie złapałem jeszcze do końca równowagi, a już całą siłą zacząłem biec do przodu. Po 240 metrach przebiegniętych sprintem z Dominiką na plecach i pokonaniu trzech przeszkód moje mięśnie nie były wypoczęte. Czułem tylko, że powoli tracę równowagę, ale gdy sobie to uświadomiłem to nie mogłem już nic zrobić. Polecieliśmy do przodu i uderzyliśmy całym impetem o ziemię. Publiczność wydała z siebie jęk przerażenia… Podczas gdy rywale, których jeszcze przed chwilą mieliśmy do pokonania wbiegali na metę, ja przerażony przepraszałem zakrwawioną Dominikę. Ona jednak wstała, ponownie na mnie wskoczyła i szybko wbiegliśmy na metę tracąc pięć sekund do pierwszej pary z naszego wyścigu.

Jaki był efekt naszej wywrotki? U Dominiki dwa zdarte do krwi łokcie, obolała kość ogonowa i brudne ubrania, a u Maxa obdarte kolana i dłonie. Na mecie szybko znaleźliśmy medyków. Kazali oni nam pójść do biura zawodów (w szkole) i wykąpać się w tamtejszej szatni. Tak uczyniliśmy, ale opatrzenie ran Dominiki przez medyków było tak nieprofesjonalne, że sami zrobilibyśmy to o wiele lepiej – i trzeba było to wieczorem uczynić. Po prysznicu udało nam się wrócić na końcówkę zawodów i zobaczyć zwycięzców. Pokonali trasę w 1 minutę i 8 sekund. Nam zajęło to trochę dłużej. Zmierzony nam czas to 1:29:81. Zajęliśmy miejsce dokładnie w połowie stawki – 23 miejsce – wystartowało 46 par, ale jedna nie ukończyła biegu.

Po biegu zjedliśmy obiad w namiocie i oboje byliśmy strasznie zmęczeni. Niczym po zrobieniu życiówki na 10 km w 40-stopniowym upale. Pod wieczór poszliśmy na dekorację zwycięzców i powoli zaczęliśmy się psychicznie nastawiać na dzień jutrzejszy – pokonanie 350 km autostopem na północ.

Wieczorem spakowaliśmy to co mogliśmy i poszliśmy jeszcze na chwilę na koncert. Jeden zespół nas szczególnie zachwycił – dziewczyna śpiewała muzykę z pogranicza popu i rocku, a facet rapował i świetnie im się to razem komponowało. Udaliśmy się też na chwilę do pobliskiej biblioteki, gdzie było spotkanie zawodników-obcokrajowców. Biblioteka była super – bardzo nowoczesna, pseudobankiet był trochę słabszy. Bardziej interesowały nas książki, ale szybko wróciliśmy do namiotu. Leżąc i wspominając ten dzień zjedliśmy zasłużoną paczkę czipsów po czym poszliśmy spać, nie wiedząc, gdzie i w jakich warunkach będziemy spędzać kolejną noc. Trochę byliśmy przerażeni – na następny dzień zaplanowaliśmy przejechanie 350 km autostopem. Czy nam się uda? Zajrzyjcie na buslapidus.pl 12 lutego o 19:00 by się przekonać!

Więcej zdjęć z tego dnia znajdziecie w galerii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *