Dzień VII – Komary, komary, komary

Dzień VII – 4 lipca 2017 – Komary, komary, komary

Jest to artykuł z cyklu Finlandia 2017, czyli podróży, która zainspirowała nas do zakupu Busa Lapidusa.

Poranek powitał nas pięknym słońcem. Czym prędzej zjedliśmy owsianki, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy na szlak – tego dnia mieliśmy do pokonania 22 km. Mimo zakwasów szło nam się całkiem szybko i sprawnie – przynajmniej na początku.

Teren był bardzo zmienny – były lasy, góry, żwirowe drogi, podmokłe tereny, na których była ułożona droga z deseczek, wydmy… Pierwszą część drogi pokonaliśmy zaskakująco szybko. Zjedliśmy drugie śniadanie nad rwącym potokiem i ruszyliśmy dalej. Momentami kropiło, a droga przerodziła się w prawdziwą puszczę. Kilka razy mięliśmy samotnie błąkające się renifery. W pewnym momencie na nasz szlak nachodził inny – krótszy i bardziej rekreacyjny – więc w tym dniu widzieliśmy zaskakująco dużo innych piechurów. Właśnie tam przechodziliśmy przez pierwszy wiszący most. Pogoda dopisywała, choć momentami niegroźnie kropiło.

Wszystko szło wręcz idealnie do 15-tego kilometra. Właśnie wtedy nasza droga zaczęła prowadzić skrajnym nabrzeżem rwącej rzeki, która była zaskakująco szeroka. Mając na myśli nabrzeże chodzi o to, że nie odchodziliśmy na więcej niż 1,5-2 metry od brzegu rzeki. Sam teren zmienił się na dużo gorszy – nie szło się już na pięknie wydeptanej drodze, lecz po trawie, krzakach, korzeniach – i trzeba było uważać, bo jeden zły ruch dzielił nas od wylądowania w rzece. Jednak nawierzchnia nie była taka zła – szczerze mówiąc nie spodziewaliśmy się, że będzie łatwo. Niestety – największym problemem były komary. Nigdy w życiu nie widzieliśmy takich hord komarów jak wtedy. Wlatywały dosłownie wszędzie, do uszu, oczu, nosa, potrafiły siadać na powiekach… Szliśmy odganiając się od nich i praktycznie nieustannie uderzając się po miejscach, w których poczuliśmy, że zaczynają spijać naszą krew.

Wśród komarów naprawdę szło zwariować. Miało się wrażenie (albo nie było to tylko wrażenie), że są one wszędzie. W takich warunkach, mimo potwornego zmęczenia nie szło zrobić przerwy. Droga, podczas której towarzyszyły nam miliony komarów miała 6,5 km – w tych warunkach były to ponad dwie godziny. Komary trochę odpuściły dopiero kilkanaście minut przed dotarciem do miejsca noclegu.

Chatka, w której mieliśmy spędzić kolejną noc prezentowała się dumnie. Była dość duża, a w środku było koło 16 miejsc do spania, ale oprócz nas były jeszcze tylko 3 osoby. Obok chatki kręcił się oswojony z ludźmi renifer. Niestety dużym problemem, o którym wcześniej nie wiedzieliśmy był brak rzeki w pobliżu. Nie mieliśmy skąd czerpać wody, więc musieliśmy nabierać ją z pobliskiego jeziorka. Była ona kolorem zbliżona do moczu, więc zmarnowaliśmy dużo stałego paliwa by ją przegotować i potem pić.

Tego dnia byliśmy strasznie zmęczeni – nie tyle samą drogą, co walką, w której byliśmy bez szans – z komarami. Na samym końcu trasy już nie mieliśmy siły rozmawiać, a słychać jedynie było uderzenia dłoni o skórę, by pozabijać kolejne komary. Trochę sił przywróciła nam wieczorna kolacja – kuskus, ryba z puszki, mix suszonych warzyw, suszone pomidory i soczewica. A na deser kisiel! Niestety musieliśmy jeść w chatce, ponieważ na zewnątrz zaczęło padać.

W chatce też było sporo komarów. Nie mamy pojęcia, którędy tam wlatywały, ale było ich tam zdecydowanie za dużo. Przed snem Maks postanowił policzyć ile miejsc od ugryzienia komarów miał na jednej z nóg od kolana w dół. Efekt? 35 czerwonych, okropnie swędzących bąbli…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *