Dzień VIII – Ulewa i znowu komary

Dzień VIII – 5 lipca 2017 roku – Ulewa i znowu komary

Jest to artykuł z cyklu Finlandia 2017, czyli podróży, która zainspirowała nas do zakupu Busa Lapidusa.

Noc była ciężka. Kilkukrotnie budziliśmy się w nocy drapiąc się po całym ciele. Bąble niesamowicie swędziały, a na dodatek w chatce były kolejne komary, które żerowały na naszą krew.

O poranku obudził nas budzik. Nasze owsianki też musieliśmy zjeść w środku, gdyż nie przestało jeszcze padać. Do przejścia mieliśmy 24 km, ale napawała nas myśl, że kolejnego dnia wieczorem powinniśmy dotrzeć do cywilizacji.

Rano co prawda kropiło, ale później rozpadało się mocniej i musieliśmy założyć wielkie płachty przeciwdeszczowe, które kupiliśmy po kilka złotych w jakimś sklepie z artykułami wojskowymi na allegro. Maks wyglądał w swojej płachcie jak saper, a Dominika jak czarodziej. Niestety nasze cudowne stroje nie odstraszały komarów, a mieszanka komary + deszcz pośrodku lasu nie sprzyjały robieniu przerwy. Dopiero po siedmiu kilometrach (czyli inaczej – po ponad dwóch godzinach) dotarliśmy do chatki, w której zrobiliśmy przerwę. W chatce nikogo nie było, ale znaleźliśmy rozmówki angielsko-czeskie. Trzeba przyznać, że nic nie poprawia humoru tak jak czytanie czeskich zdań.

Chcieliśmy trochę przeczekać ulewę, więc nasza przerwa była dość długa. Niestety z minuty na minutę padało coraz bardziej, więc musieliśmy w końcu podjąć decyzję, że mimo deszczu wyruszamy. Szło się coraz gorzej. Deszcz padał coraz mocniej, a i temperatura mocno spadła. O ile od pasa w górę chroniły nas płachty (plecaki również były suche) to buty i spodnie mieliśmy całe przemoczone. Cała droga była usłana kałużami i dość szybko zrobiło nam się strasznie zimno. Od domku z czeskimi rozmówkami szliśmy 3 godziny (8 km), dopóki nie dotarliśmy do kolejnego miejsca, w którym mogliśmy zrobić przerwę.

Koło godziny 15:00 dotarliśmy do Oulanka Visitors Center – jedynego „cywilizowanego” miejsca na całym szlaku. Była to informacja turystyczna z małą kawiarenką. Po zaledwie dwóch dniach w dziczy doceniliśmy wiele zdobyczy cywilizacji : mogliśmy umyć ręce w ciepłej wodzie, ogrzać się, podładować telefony czy kupić kanapkę (do wyboru były dwie – z łososiem bądź z reniferem).

Byliśmy strasznie zmęczeni i przemoczeni, a do następnej chatki mieliśmy jeszcze 9 kilometrów. Przeżyliśmy tam dość duży kryzys. Obolałe plecy od dźwigania plecaków, obtarcia na biodrach od nerek i na stopach od butów i wszechobecna woda w spodniach i butach. I ziiiimno! Bardzo, bardzo długo nam zajęło, aby opuścić to ciepłe miejsce, ale do wyjścia zmotywowała nas myśl, że jeśli dojdziemy do chatki, a w niej będzie już komplet mieszkańców to w tym deszczu będziemy musieli rozbijać namiot.

Następne 9 kilometrów pokonaliśmy niemalże w milczeniu. Niewiele rozmawialiśmy, bo nie mieliśmy siły. Deszcz cały czas padał (już ponad dobę bez przerwy), kałuże robiły się coraz większe, korzenie były śliskie. Na szczęście widoki były piękne – na ostatnim kilometrze przechodziliśmy przez aż trzy mosty wiszące nad rwącymi rzekami.

Do domku dotarliśmy później niż pierwszego i drugiego dnia, ale na szczęście było jeszcze wiele wolnych miejsc. Nigdy nie byliśmy jeszcze na tym wyjeździe tak padnięci. Chatka była dwupiętrowa. Na dole była mała kuchenka, kominek i cztery miejsca do spania, a u góry kolejne 10-12 miejsc leżących. Z braku wyboru rozłożyliśmy się u góry. Dominika zajęła się suszeniem naszych rzeczy (rozwieszenie spodni i butów przy kominku), a Maks gotował obiadokolację. Tego dnia mieliśmy makaron z tuńczykiem i suszonymi pomidorami.

Położyliśmy się spać wcześniej, ale tego wieczoru długo nie mogliśmy zasnąć. Bąble po komarach niesamowicie swędziały. Co prawda komarów nie było zbyt wiele na trasie, ale wiele było w budynku. Drugim problemem było ciepło. Kominek na dole był nonstop rozpalony, cała góra zapełniła się ludźmi – w chatce spało koło 14 osób – i każdy suszył swoje mokre ubrania i obuwie. Dość szybko zrobiło się w chatce niesamowicie duszno i wilgotno. Okien nie było jak otworzyć, bo do środka wparowałyby kolejne hordy komarów. Do wyboru mieliśmy dwie opcje :

a) wejść do śpiwora i się ugotować, ale być nietkniętym przez komary

b) wyjść ze śpiwora, zostać zjedzonym przez komary, ale nie zostać ugotowanym

Obie opcje były równie złe. Okazało się, że ta noc była jeszcze większą męczarnią – gorąco, duszno, swędząco i brzęczące komary nad uchem. Na szczęście – była to ostatnia noc w chatce – według planu kolejnego dnia powinniśmy nocować w Hautajarvi w naszym namiocie. Byleby tylko przestało padać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *