Dzień IX – Zakończenie Karhunkierrosa

Dzień IX – 6 lipca 2017 roku – Zakończenie Karhunkierrosa

Jest to artykuł z cyklu Finlandia 2017, czyli podróży, która zainspirowała nas do zakupu Busa Lapidusa.

W nocy wielokrotnie się budziliśmy, ale ostateczną pobudkę zarządziliśmy na 9:00. Tego dnia mieliśmy do pokonania ostatnie 19 km i nie musieliśmy się nigdzie spieszyć. Niestety rano czekały na nas dwie przykre niespodzianki. Nadal lało (czyli padało nieprzerwanie już ponad 36 godzin), a buty i spodnie Maksa nadal były całe mokre – buty Dominiki też nie do końca wyschły.

Maks musiał podjąć drastyczną decyzję i naciągnąć na nogi swoje mokre dresy (alternatywną były krótkie jeansy bądź spodenki biegowe) oraz mokre buty (co prawda miał jedne suche buty, ale po dotarciu do miasta obie pary byłyby przemoczone i musiałby chodzić na boso). Okazało się, że ta decyzja była jedyną właściwą, gdyż zaledwie kwadrans po opuszczeniu chatki wszystkie nasze rzeczy były ponownie całe przemoczone.

Po czterech kilometrach dotarliśmy do kolejnej chatki. Trochę odpoczęliśmy, osuszyliśmy się, najedliśmy się i w padającym deszczu ruszyliśmy dalej. Po chwili napotkaliśmy największą przeszkodę na dotychczasowej trasie. Mały potok przez opady deszczu stał się szeroką na 5 metrów rzeką i zalał całą ścieżkę. Ponad pół godziny głowiliśmy się którędy mamy przejść. W końcu uznaliśmy, że jedyną drogą jest przejście po powalonym drzewie, a następnie wykonanie skoku na bezpieczną odległość. Adidasy nie do końca chciały współpracować na mokrym drewnie, ale przy asekuracji kijem udało nam się przejść. Co prawda Maksem trochę zachwiało i raz wpadł po kostkę do wody, ale nie miało to zbytnio znaczenia – but i tak był pełen wody.

Trasa była nieprzyjemna. Było nam mokro i zimno (temperatura była jeszcze niższa niż poprzedniego dnia), a trasa zamieniała się w jedną wielką kałużę. Przez cały dzień nie minęliśmy nikogo z naprzeciwka, lecz w tamtym momencie nie dało nam to do myślenia.

Ledwo przeszliśmy po zwalonym drzewie, a natrafiliśmy na kulminacyjny punkt naszej podróży na Karhukierrosie. Dotarliśmy do małej rzeczki (która przez padający deszcz zamieniła się w wielką rzekę), przez którą przechodziło się po mostku. Tym mostkiem były cztery trzymetrowe poczwórne deski. Cały most liczył więc 12 metrów i był podzielony na 4 trzymetrowe odcinki. Niestety znajdował się on pod wodą. Maks chciał podjąć próbę przejścia go. Zdjął buty i skarpetki, podwinął spodnie i wyruszył. Pod jego ciężarem pierwsza część mostu ugięła się lekko i znalazła się 5-10 cm pod wodą. Bose stopy ślizgały się po mokrych deskach, ale stosunkowo można było to kontrolować. Niestety druga z czterech części mostu okazała się maksimum, na jakie dotarliśmy. Gdy Maks na nią stanął to zapadła się dość mocno, a woda sięgała powyżej jego kolan. Nie było tam żadnych drzew, aby się przytrzymać, więc mocny nurt z pewnością by nas porwał. Gdybyśmy chcieli przekroczyć ten most to nie byłoby to ryzyko, a samobójstwo.

Po 69 kilometrach, ledwie 13 km od końca trasy okazało się, że zostaliśmy pokonani przez naturę. Kontynuacja drogi nie wchodziła w grę, więc musieliśmy się poddać. Kiedy już przetrawiliśmy ze smutkiem tę informację pojawiło się nowe wyzwanie – co dalej? Jak dostać się do cywilizacji? Jak się stąd wydostać? Były trzy opcje :

a) mogliśmy cofnąć się 15 km do Oulanka Visitors Centre, w którym byliśmy wczoraj

b) mogliśmy cofnąć się do chatki, z której dzisiaj wyruszyliśmy (6 km) i pójść krótszą wersją naszego szlaku i po kolejnych 9 kilometrach dotrzeć na parking

c) mogliśmy cofnąć się 2 kilometry by po kolejnym kilometrze wyjść z dziczy i dotrzeć na parking, ale stamtąd do głównej drogi i tak było 11 km.

Po krótkim rozważaniu wszystkich tras wybraliśmy ostatnią opcję. Co prawda wszystkie były mniej więcej tak samo długie, ale tutaj mieliśmy dwa solidne argumenty „za” – nie będziemy powielać zbyt wiele trasy, którą już przeszliśmy oraz jeśli nam się poszczęści to w drodze od parkingu do głównej drogi może uda nam się złapać stopa. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy. Po godzinie dotarliśmy na parking – stały tam może z cztery samochody. Wyszliśmy ze szlaku zmęczeni, niby zadowoleni, ale jednak przegrani. Byliśmy dumni, że daliśmy radę i wiedzieliśmy, że gdyby nie zalany most to dotarlibyśmy do końca szlaku, ale do pełnej satysfakcji trochę nam brakowało.

Podróż z parkingu do głównej drogi strasznie nam się dłużyła. Była asfaltowa i prowadziła z głównej drogi tylko i wyłącznie do tego parkingu, więc nie było szans, że ktoś „przypadkiem” będzie tędy przejeżdżać i nas podrzuci. Wiał straszny wiatr, a temperatura z pewnością była poniżej 10 stopni Celsjusza. Szliśmy przez lasy i pola, a silny wiatr sprawiał, że uczucie zimna wzrastało.

Próbowaliśmy łapać stopa, lecz przez pierwszą godzinę marszu przejechały obok nas zaledwie trzy samochody – listonosz oraz dwie osobówki. Każde auto się zatrzymało, ale kierowcy pokazywali nam, że nie mają wolnego miejsca i jechali dalej. Dopiero, gdy szliśmy już dwie godziny i byliśmy już w miarę blisko od głównej drogi to zatrzymała się miła para starszych Niemców, którzy zdecydowali się nas podwieźć. Prawdę mówiąc było nam wszystko jedno dokąd by jechali – zależało nam by dotrzeć do jakiegokolwiek miasta. Niemcy jechali do Kuusamo – miejscowości, przez którą przejeżdżaliśmy wraz z Niemcami, którzy podwozili nas kamperem. Szczerze mówiąc bardzo nam się podobała ta wizja. I tak wracając na południe byśmy musieli do Kuusamo dotrzeć.

Jechaliśmy niecałą godzinę w milczeniu. Byliśmy wręcz wyczerpani, a ciepło wewnątrz samochodu sprawiła, że przerodziło się to w senność. Ze strachem spostrzegliśmy wyświetlacz, który pokazywał jaka temperatura panowała na zewnątrz – 7,5 st C (a była dopiero godzina 16-ta), a do tego wiał zimny wiatr i padało. Jak my przeżyjemy noc w namiocie?! Maks zaryzykował i wysłał do naszego centrum informacyjnego w Bydgoszczy (czytaj: do rodziców) sms-a z zapytaniem jaka temperatura będzie w nocy panować w Kuusamo. Dostał odpowiedź – „6 st C”.

Po dotarciu do Kuusamo od razu udaliśmy się do supermarketu, bynajmniej nie na zakupy. Przede wszystkim skorzystaliśmy z toalety i przebraliśmy się w suche ubrania. Niestety nie mieliśmy żadnego pomysłu, jak mamy wysuszyć mokre rzeczy. Podładowaliśmy telefony. Uporządkowaliśmy nasze plecaki i wyrzuciliśmy śmieci. Godzina spędzona w markecie nie pozwoliła nam się ogrzać, więc ruszyliśmy na drugą stronę ulicy. Oboje stosunkowo zdrowo się odżywiamy, ale uznaliśmy, że po czterech dniach w dziczy należy nam się mała rozpusta. Udaliśmy się do Hesburgera (fińskiego odpowiednika McDonald’sa) i siedząc w ciepłym pomieszczeniu zajadaliśmy się krążkami cebulowymi i tortillą.

Po niezdrowej obiadokolacji zrobiliśmy małe zakupy i poczuliśmy, że los nam sprzyja. W markecie – zupełnie przez przypadek – znaleźliśmy ciepły koc przeceniony z 12 na 6 euro. Poczyniliśmy tę inwestycję by zwiększyć nasze szanse na przeżycie nocy. Oprócz tego kupiliśmy kilka smakołyków na wieczór i śniadanie kolejnego dnia i ruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

W centrum Kuusamo natknęliśmy się na hotel. Zwykły, najzwyklejszy hotel, żadne luksusy. Skuszeni perspektywą snu w czystej pościeli i ciepłym pokoju weszliśmy do recepcji zapytać się ile kosztuje jedna noc w najtańszym pokoju. Odpowiedź recepcjonistki – 105 euro – sprawiła, że w sumie nocleg w namiocie nie wydawał się taki straszny…

Namiot rozbiliśmy niedaleko od owego hotelu. W parku, tuż przy jeziorku. Trawa była mokra, ale po dwóch dobach nieustannych opadów nie liczyliśmy na to, że znajdziemy jakieś suche miejsce. Robiło się coraz zimniej, ale przynajmniej przestawało padać. Po rozbiciu namiotu, zrobieniu kisielków i herbaty zrobiło się trochę cieplej. Świętowaliśmy jeszcze Dominiki imieniny zajadając się pringlesami, po czym zasnęliśmy modląc się w duchu, by nadchodząca noc nie była tak koszmarnie zimna, jak ją zapowiadali.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *